Przeczytane, przemyślane

Bardzo ważny tekst – „Dość dobre powody, aby pozostać przy życiu”, Matt Haig

8 stycznia 2019
Reasons to Stay Alive, Matt Haig

Bardzo ważna książka na bardzo ważny temat.

Jeśli nie kojarzycie Matta Haiga, to ten pan od książki napisanej z perspektywy kosmity wcielającego się w człowieka. Ludzie, bo taki jest tytuł wspomnianej książki, to intrygująca i zabawna pozycja – zajrzyjcie do rekomendacji. Dziś jednak biorę na tapetę mniej zabawną książkę Haiga, Dość dobre powody, aby pozostać przy życiu, wydaną w Polsce przez Sonia Draga (ja czytałam w oryginale).

Drobne zgrzyty

W oryginale tytuł brzmi Reasons to stay alive i moim zdaniem jest to bardzo istotne. Nie uważam, żeby te powody, o których pisze Haig, były „dość” dobre. Są bardzo dobre, bo SĄ. Wszystko, co sprawia, że cenimy życie, jest bardzo dobre.

Druga sprawa, która nie do końca mi leży, to okładka. Owszem, graficznie jest w porządku (zresztą i tak się na tym nie znam – albo mi sie podoba, albo nie), ale ten projekt może przypominać okładki poradników psychologicznych. Tymczasem w książce krzyżuja się gatunki biografii, memuaru oraz takiego poradnika. Wielu czytelników unika takich poradników, ale lubi biografie i memuary. Wielu czytelników ocenia również po okładce. Tak, ja też.

"Dość dobre powody, aby pozostać przy życiu", Matt Haig

Polska okładka (soniadraga.pl)

 

Dość dobre powody, aby przeczytać tę książkę

Jednak to wszystko jest nieważne. Ważna jest zawartość.

Nie jest to wybitna literacko pozycja, która zmieni czyjeś życie ot tak, albo „wyleczy” kogoś z depresji. Ale w to, że może pomóc w tych procesach, wierzę całym sercem.

Haig zaczyna od opisania najgorszego okresu w swoim życiu. Załamania i niedoszłej próby samobójczej, ataków paniki, poważnych zaburzeń lękowych. Mieszanka wybuchowa. Pozwala nam zajrzeć do swojej głowy. Opisuje, co czuł i myślał, bojąc się wyjść do sklepu po mleko, bojąc się zostać sam w domu, chcąc się zabić. I ja mu wierzę.

Nie mam depresji. Ale na własnej skórze przekonałam się, co znaczy zmagać się z zaburzeniami lękowymi, i niech mnie gęś kopnie, czytając Dość dobre powody czasami czułam, jakby to o mnie pisał autor. Fizyczne objawy, hipochondria, lęk przed tym, że staję sie wariatką, to wszystko czułam ja. A opisał on. Opisał i pomógł zrozumieć, zaakceptować, znależć sposoby na życie z, a niektórym pewnie zdiagnozować.

Nie jest tak całkiem cukierkowo – są fragmenty, które trącą coachingiem, a na to mam alergię. Jest wiele banałów i, zdawać by się mogło, oczywistości. Trzeba również pamiętać, że Haig nie jest naukowcem, nie prowadził badań, a jego jedyny punkt odniesienia to jego własne przeżycia. Tak więc, co zadziałało na niego, może nie zadziałać na innych. Mimo wszystko, nie zaszkodzi spróbować.

Więcej jest jednak plusów niż minusów. Owszem, Haig nie jest naukowcem, ale przytacza sporo ciekawych faktów, np. na temat anhedonii. Dopóki nie wiedziałam, że jest ona nazwanym zjawiskiem, myślałam, że tylko ja tak mam, że jestem dziwna, walnięta, coś jest ze mną nie tak. Często samo nazwanie czegoś pomaga nam się z tym uporać.

Biedni, chorzy ludzie VS psychole

Haig porusza jeszcze dwie ważne kwestie – rozróżnianie zdrowia fizycznego od psychicznego oraz stygmatyzację osób z zaburzeniami psychicznymi.

Zaburzenia lękowe to zaburzenia psychiczne. Leczone terapią i lekami. Zaburzenia lękowe to także mrowienie i nieznane dotąd bóle kończyn, uczucie paraliżu, palpitacje serca, bóle głowy, zmęczenie. Czyli objawy fizyczne.

Rozróżnianie zdrowia psychicznego i fizycznego jest głupie. Mózg jest, zdaje się bardzo ważnym organem. Dlaczego więc tak słabo o niego dbamy? Dlaczego współczuje się osobom cierpiącym na, dajmy na to, wrzody żołądka, ale krzywo patrzy na ludzi, którym na mózgu siedzi tak poważny wrzód jak depresja? Dlaczego czułam się dziwna, kiedy mówiłam komuś, że chodzę do psychologa? Stygmatyzacja.

 

You are no less or more of a man or a woman or a human for having cancer or cardiovascular disease or a car accident.

Siedem miliardów wersji „normalności”

Spokojnie, już kończę 🙂

Ta pozycja zadziałała na mnie właśnie uspokajająco. W moim najgorszym okresie często myślałam, że nie chcę wylądować w szpitalu psychiatrycznym, że nie chcę być „tą” dziewczyną w rodzinie. Panicznie bałam się przyszłości i tego, że mi się pogorszy. Czyli bałam się tego, że będę sią bardziej bać. Nie byłam już pewna, co jest normalne, prawdziwe, a co jest tylko w mojej głowie. Nie myślałam logicznie. Proste decyzje doprowadzały mnie do płaczu.

Spokojnie, spokojnie. Jedynym naszym ounktem odniesienia jesteśmy my sami. „Kaśka na pewno nie ma takich problemów jak ja”. A skąd wiesz? Każdy ma problemy. Mniej lub bardziej poważne. Skupić się na sobie, to najważniejsze. Dojść do swojej własnej wersji „normalności”.

 

The way out is never through yourself.

 

Przestałam mieć wyrzuty sumienia, że skazywałam swoich bliskich na przebywanie ze mną, wspieranie mnie, pomaganie mi, chociaż nigdy nie oczekiwałam, że rozwiążą moje problemy. I choć na te chwilę bilans pokazuje minus jedną przyjaźń, między innymi dzięki tej książce wiem, że nie powinnam czuć się winna. Ani w pełni odpowiedzialna za swoje wygrzebanie się z dołka. Jedyna rzecz, za jaką jestem odpowiedzialna, to przyznanie przed samą sobą, że potrzebuję pomocy i poproszenie o nią, i że nie jestem z tego powodu słaba. Wręcz przeciwnie.

Pokój i miłość, Współczytelnicy.

Może również spodoba Ci się:

Brak komentarzy

Zostaw komentarz