Przeczytane, przemyślane Telenowele

Nigdy nie znamy nikogo do końca – „Sekrety letniego ogodu”, Hannah Richell

26 sierpnia 2019
Sekrety letniego ogrodu, Hannah Richell

Sekrety letniego ogrodu, Hannah Richell

Pozornie kolejna z wielu miałka powieść obyczajowa ujmuje niepowtarzalnym klimatem wiejskiej, angielskiej rezydencji.

Każdego lata sięgam po co najmniej jedną powieść z gatunku tak zwanej literatury kobiecej. Nic więc dziwnego, że właśnie na książkę Wydawnictwa Kobiecego (dziękuję za egzemplarz recenzencki!) padło w tym roku.

W Sekretach letniego ogrodu przeplatają się historie dwóch kobiet – Maggie i Lillian – wnuczki oraz jej babci, młodej, niespełnionej artystki oraz kobiety w podeszłym wieku z wieloma sekretami. Poznajemy je w momencie, kiedy Lillian podupada na zdrowiu i ląduje w szpitalu. Maggie przylatuje do babci z drugiego końca świata i zastaje ją na skraju świadomości, a dom w którym dziadkowie ją wychowywali, w ruinie. A był to nie byle dom – rezydencja dziadka Charlesa, niegdyś biznesmena i bogacza. Chora, na wpół świadoma Lillian, nie zgadza się aby opuścić Cloudesley i dziwnie się zachowuje. Maggie tymczasem musi zająć się zarówno swoją babcią, jak i zrujnowanym i zadłużonym Cloudesley, mając przy tym osobiste problemy.

Filmowa nostalgia

Od samego początku powieści z kartek bije niewypowiedziana nostalgia, charakterystyczna dla losów obydwu bohaterek. Rozdziały Lillian i Maggie przeplatają się i różnią się stylem, atmosferą. Jednak właśnie ta nostalgia łączy obydwa wątki.

Już pierwszy rozdział zapowiada tragedię, smutek i tajemnicę – to trzy siły rządzące ich historiami. Choć w oczy kolą błędy w druku i w tłumaczeniu (chociażby dosłowne tłumaczenie idiomów i kalki językowe, czy literówki), sama fabuła wciąga od pierwszych stron.

Ciekawym zabiegiem są przejścia z rozdziału do rozdziału koniec jednego jest powiązany z początkiem kolejnego, np. w rozdziale 2 i 3:

Jej wzrok pada na zegar dziadka wiszący w holu; odwraca się i rusza w dół po schodach, podnosząc tumany kurzu z drewnianej, zegarowej szafki, otwiera ją i nakręca mechanizm tak, jak jej kiedyś pokazywała Lillian. Patrzy z zadowoleniem, jak wahadło zaczyna się poruszać, a stary zegar monotonnie tyka jak zamarłe serce, nagle zmartwychwstałe…

Lillian siedzi przy toaletce w swoim pokoju, licząc uderzenia zegara dziadka, które odbijają się echem po całym domu.

Trochę przypomina mi to przejście między scenami w filmie, gdzie kamera zoomuje na konkretny przedmiot na końcu jednej i na początku kolejnej sceny. Czytając Sekrety często miałam takie „kinematograficzne” odczucia – z łatwością przychodziło mi wyobrażanie sobie opisanych miejsc, postaci i ich zachowania, co według mnie jest dużą zaletą stylu pisania Richell. Szczególnie zauroczyła mnie historia Lillian, dziejąca się 60 lat przed właściwą akcją książki i jej niepowtarzalny klimat – powojenna, wiejska Anglia, młoda sierota i bogacz z małym synkiem, który jej się oświadcza. Czytało się wspaniale.

Filmowe zakończenie

Oczywiście nie zdradzę jak powieść się kończy, mogę jedynie powiedzieć, że czeka Was rozwikłanie zagadki z przeszłości Lillian, które jednocześnie ma ogromny związek z i wpływ na Maggie. Niby od paru ładnych rozdziałów wstecz wszystko już wiemy, niby jednoznacznie dzielimy bohaterów na złych i dobrych i czytanie zakończenia jest tylko formalnością. Niby. Bo jeden z największych Sekretów letniego ogrodu wyrywa (czy też wyrwałby) obydwu głównym bohaterkom serce. Podobnie zresztą jak czytelnikom. Tak więc oprócz opowieści o poświęceniu, miłości, której nie dane było się spełnić, oraz walce o pomnik tychże czyli dom Cloudseley, mamy w powieści również zagadkę niemal kryminalną. Sytuacja, której dotyczy ta zagadka, dramatycznie zmieniła bieg wydarzeń i losów bohaterek, w szczególności Lillian.

Niech żyje historia

Ujmujące postaci, wzruszająca historia i wyjątkowy klimat książki sprawiły, że zaangażowałam się w historię Lillian i Maggie. Powieść nie jest wybitnym dziełem, ale i nie musi być – czasami prostsze jest lepsze. Pod względem formy zalicza kilka upadków, ale i całkiem sensownych wzlotów. Natomiast fabuła się klei i jest na tyle ciekawa, że formalne potknięcia stają się mało ważne. Historia wygrywa tu z formą, i ja nie mam nic przeciwko.

Książkę tłumaczyła Ewa Morycińska-Dzius.

Może również spodoba Ci się:

Brak komentarzy

Zostaw komentarz