Przeczytane, przemyślane Telenowele

„Normal People”, Sally Rooney [EN]

7 lutego 2019
"Normal Poeple", Sally Rooney

goodreads.com

Jak cudownie jest powiedzieć, że ma się nową ulubioną pisarkę.

Niedawno pisałam o debiutanckiej powieści irlandzkiej autorki, Conversations with Friends. Wywarła na mnie tak duże wrażenie, że zaraz po niej przeczytałam kolejną, Normal People. Wrażenie pozostało takie samo.

Nadal nieuchwytne jest dla mnie to, co czyni prozę Rooney tak wyjątkową. Żaden ze mnie znawca środków stylistycznych i teorii literatury, więc po prostu przestanę się nad tym zastanawiać.

Zepsuci ludzie

Zepsuci, ale nie w sensie rozpuszczenia, zepsucia charakteru. Zepsuci tak, jak zepsute jest stłuczone lusterko. Niegładcy, z mnóstwem bruzd i kawałków, które nie do końca do siebie pasują i strasznie trudno ułożyć je w całość. Kiedy próbujesz ich dotknąć, mogą cię skaleczyć. Taka, moim zdaniem, jest dwójka głównych bohaterów powieści, których poznajemy, kiedy są jeszcze nastolatkami, w szkole średniej.

Marianne pochodzi z bogatej rodziny. Jej ojciec nie żyje, matka wydaje się być obojętna na jej los, brat się nad nią znęca (nie w przenośni, dosłownie znęca). W szkole nie jest lubiana, jest raczej wyrzutkiem – rozmawia się o niej, ale nie z nią. Connel za to jest lubiany, choć nie jest dobrze sytuowany. Zbliża ich, paradoksalnie, właśnie ta różnica „klasy społecznej” – mama Connela sprząta w domu rodzinnym Marianne.

Myślę, że nie będzie to ogromny spoiler, jeśli napiszę, że wyżej wspomniana dwójka nawiązuje romans. Poza szkołą namiętnie się kochają, w szkole nie odzywają się do siebie. Obydwoje na to przystali. Niemniej jednak to niechęć Connela do „przyznania się” do Marianne sprawia, że zrywają kontakt.

Normalni ludzie

Nie dajcie się zwieść pozorom – to nie jest powieść young adult o szkolnej miłości. Rooney zabiera czytelnika w podróż przez kilka lat, od szkolnego romansu, przez przyjaźń, do…nie powiem czego. Centrum stanowi właśnie ta relacja, jej ewoluowanie.

Zarówno Marianne jak i Connel wiążą się z innymi ludźmi. Wznawiają kontakt i ich znajomość przybiera przedziwne kształty. On dałby się za nią pokroić, chociaż nie chciał przyznać, że w ogóle ją zna. Ona czuje, że zrobiłaby wszystko, gdyby tylko on tego chciał. Ale uparcie umawia się z innymi mężczyznami, często nadużywającymi swojej „władzy” nad nią. Obydwoje czują, że nikt nie zrozumie ich lepiej niż oni rozumieją siebie nawzajem. Obydwoje jednak decydują się to ignorować w swoim postępowaniu.

Dlaczego po prostu nie będą ze sobą jak „normalni” ludzie? Opisując ich zachowanie, związki i uczucia Rooney rzuca światło na to, jak ogromne znaczenie ma stan psychiczny i emocjonalny ludzi tworzących relację. I jak przeogromne znaczenie ma reakcja drugiej osoby na stan tej pierwszej. Czytając Normal People nie do końca rozumiemy bohaterów, może im współczujemy, może trochę nie dowierzamy, ale jednak kibicujemy. I to jest fajna cecha książki – bohaterowie nie są wymuskani, nie są jednoznacznie dobrzy lub źli, są…normalni.

Życie, życie jest nowelą

Jest w tej powieści motyw, wątek, czy cokolwiek to jest, który mnie kompletnie zafascynował. Zabrzmi górnolotnie i filozoficznie, ale mam na myśli rozważania na temat życia. Co mamy na myśli mówiąc „życie”? Kolektywne zjawisko, którego wszyscy jesteśmy częścią, wszyscy na świecie? Czy też nasz mały wszechświat, z rodziną, pracą i konkretnie naszą codziennością? Żadna z odpowiedzi nie wydaje się być prawidłowa.

Marianne, podczas jednej z potyczek ze swoim bratem, myśli „już niedługo mnie tu nie będzie, będę na studiach, tam będą inni ludzie, inne otoczenie”. Ale jednocześnie dochodzi do wniosku, że to nie ma znaczenia. Bo jedna rzecz się nie zmieni – ona nadal będzie sobą. Swoimi myślami, w swoim ciele. Jeśli w niej będzie bałagan, będzie go zabierać ze sobą wszędzie gdzie jest, choćby to był raj na ziemi.

Kilkadziesiąt stron później, jesteśmy w głowie Connela, który leży na podłodze swojego pokoju od półtorej godziny, czuje, że nie ma siły dotrzeć do łóżka. Czy życie jest gorsze tu, na podłodze, niż na łóżku, czy w jakimkolwiek innym miejscu? – myśli. Nie, jest dokładnie takie samo. I tu pada jeden z moich ulubionych tzw. cycatów:

Life is the thing that you bring with you inside your own head.

„Życie” jest w głowie. To głowa tworzy obraz życia. To ona sprawia, że piękne kobiety wstydzą się swojego wyglądu, że wspaniali mężczyźni odnoszący sukcesy popełniają samobójstwa. Ale, żeby nie było tak całkiem mrocznie – powiedzenie, że „ktoś zmienił czyjeś życie” nabiera nowego znaczenia. Ktoś zmienia czyjeś myśli, rozpala mały zimny ogień, który, być może, kiedyś przemieni się w pokaz fajerwerków. Oczywiście, nigdy nie będzie tak, że ktoś wybawi nas z problemów, zaburzeń. Ale może być tą zapałką, która nam pokaże, że jeszcze może być jaśniej.

Nie umiem pisać tradycyjnych recenzji.

Kocham Sally Rooney.

Pozostańcie w pokoju.

 

Może również spodoba Ci się:

Brak komentarzy

Zostaw komentarz