Fantasy i sci-fi Przeczytane, przemyślane

Feministyczne fantasy – “Zakon Drzewa Pomarańczy”, Samantha Shannon

20 listopada 2019
zakon drzewa pomarańczy samantha shannon

Wydaje się, że świat krain rządzonych przez kobiety jest równie prawdopodobny, co smoki. Ale pomarzyć i popisać można i o jednym, i o drugim, co też Samatha Shannon uczyniła w “Zakonie Drzewa Pomarańczy”.

I to z rozmachem!

Zakon Drzewa Pomarańczy nie jest łatwą książką. Mnogość krain, postaci, zjawisk, nazw odnoszących się do wierzeń danych ludów i złożoność stosunków między krainami wymaga dużo skupienia podczas czytania. Około 150 strony wciąż mieszały mi się Ascalon i Yscalin, Jannart i Jantar. Shannon nie ułatwia zadania, nie podaje nam na tacy opisu całych mitologii – serwuje je malutkimi porcjami, aż sami złożymy z nich kompletny obrazek. Nawet po zakończeniu lektury wciąż jednak mam wrażenie, że w moim obrazku brakuje co najmniej kilku puzzli. Pomimo tego Zakon mi się podobał.

Polifoniczna

Tak zwanych głównych bohaterów (choć pewnie powinnam napisać “bohaterek i bohaterów”) mamy tutaj czworo. Na pierwszy plan wysuwa się Ead Duryan – komnatanka królowej Inys, Sabran. Tak naprawdę pełni rolę osobistej strażniczki królowej, choć sama arystokratka nie zdaje sobie z tego sprawy. Broni ją przed zagrożeniami, bo takie jest jej zadanie wyznaczone przez Zakon. Czym jest Zakon i jakie są jego funkcje? Shannon na tym etapie nie dzieli się z nami odpowiedzią na te pytania.

Kolejna bohaterka to Tané, pretendentka do członkostwa w elitarnej grupie Smoczych Jeźdźców – najwyższego honoru w Seiiki. Za wszelką cenę dąży do bycia jeźdźcem, nawet łamiąc prawo krainy, której chce bronić u boku smoka.

Niclays Roos jest niespełnionym alchemikiem, wygnanym przez królową Sabran za nieudane próby sporządzenia eliksiru nieśmiertelności. Usiłuje wrócić do Inys, ale po drodze musi stawić czoła niebezpiecznym ludziom i dokonywać ważnych wyborów, na które nie jest przygotowany.

Arteloth Beck, zwany Lothem, to przyjaciel Ead i królowej Sabran. Radzie królowej nie podobają się jego bliskie stosunki z władczynią, więc zostaje wysłany na niemalże samobójczą misję, bez prawa odmowy.

Czacha już dymi? A to dopiero początek!

Epicka

Shannon niejednokrotnie podkreślała, że jej inspiracją były legendu i mity Wschodu – japońskie i chińskie, ale też legenda o św. Jerzym zwyciężającym w walce ze smokiem. Wyszła z tego całkiem zgrabna całość. Świat Zakonu Drzewa Pomarańczy jest jak mozaika z różnych materiałów tworząca jedno dzieło. Poszczególne krainy wyznają odmienne wartości, co wyróżnia Zakon na tle wielu innych powieści z gatunku epic/high fantasy. Shannon stworzyła wiarygodne stosunki polityczne między krainami i ta polityka przeplata się z typowym dla high fantasy motywem walki dobra ze złem.

Smoki? Są.

Śmierć? Jest.

Magia? No, raczej!

Epickie sceny walki? Są, są.

Zakazana miłość? A jakże.

Feministyczna

O takich historiach w Ju Es Ej mówi się “empowering women”. To kobiece postaci są tu najważniejsze i to głównie w ich rękach spoczywają losy świata. Męskie, nawet te główne, nie są tak wyraziste. Fajne jest też to, że kobiety w Zakonie Drzewa Pomarańczy nie są seksownymi ozdobnikami i pomocniczkami walecznych mężczyzn, ale też to, że nie są bez skaz. Ogólnie rzecz biorąc, postaci Shannon są wielowymiarowe i nie zawsze możemy wrzucić je do wora “Ten dobry” albo “Złol”.

Dla mnie najciekawszą postacią była Sabran, czyli teoretycznie postać drugoplanowa. Królowa, której przeznaczeniem jest wydać na świat córkę, aby zapewnić swoim poddanym bezpieczeństwo i ochronę przed Bezimiennym i jego sługusami, czyli wyrmami. Bo tak głosi legenda – dopóki ród Berethnetów trwa, Bezimienny się nie obudzi. Bo tak ją nauczono. Bo…nie ma wyjścia. Czasami bycie wybrańcem losu jest przekleństwem. Sabran nie do końca chyba akceptuje swoje przeznaczenie, choć jednocześnie jej poczucie obowiązku jest tak silne, że przyjmuje to ciążące na niej brzemię w imię sprawy. Dla swojego ludu. Jest silna, bo pokonuje swoje słabości.

Żadna kobieta nie powinna żywić obawy, że nie jest wystarczająco dobra.

Romantyczna

Miłość nie jest głównym wątkiem (i to też mi się podoba), pojawia się właściwie pod koniec powieści. I jest to miłość *werble* ZAKAZANA!

To kolejny dość często spotykany wątek w high fantasy. Tutaj mamy dwa związki, czy też jeden związek i jedno nie-wiadomo-co, które nie mają prawa bycia. Przeszkodą są różnice w statusie. I choć nie jest to wyraźnie napisane, być może również kwestia tego, że są to relacje osób tej samej płci.

Shannon poskąpiła scen miłości, ale za to te, które są, są dyskretne, intymne, nie są wulgarne. Plusik dla Pani Autorki.

Szelmowska

Długo szukałam przymiotnika dobrze opisującego nie do końca poważne tony Zakonu i tylko ten jeden wydał mi się właściwy – humor Zakonu Drzewa Pomarańczy to humor szelmowski. Głównie za sprawą postaci Niclaysa, alchemika-alkoholika, ale i scen Lotha rozmawiającego z przyjacielem, Kitem, czy przezabawnego dialogu Sabran z Ead dotyczącego jakże ważnego tematu… otwarcia okna. Niclays, na przykład, w pewnym momencie myśli, że czuje się jak “olyfant w składzie herbacianym”. Taki zabieg zatopienia współczesnego potocznego porównania w realiach świata fantastycznego jest rewelacyjny.

– Wysokości?

– Otwórz to okno.

Przyboczna postawiła świecę na półce nad kominkiem.

– Przeziębisz się, królowo.

– [SPOILER] jestem twoją królową i będziesz robić, co ci każę.

– Wciąż nie wróciłaś do zdrowia. Jeśli zgubi cię zimno, główny sekretarz każe ściąć mi głowę.

– Niech cię szlag, ty uparta suko, sama urwę ci łeb, jeśli nie zrobisz tak, jak mówię.

– Jak już utnie mi go sekretarz, nie będzie potrzeby go urywać.

(…)

– Mogłabym cię spalić za tę bezczelność.

– Jeśli dzięki temu wstaniesz z tego łóżka, to nawet zatańczę na stosie.

 

Chylę czoła również przed tłumaczem, Maciejem Pawlakiem. To najlepiej przetłumaczona książka, jaką przeczytałam w tym roku.

Czy przeczytam drugą część? Jeśli będę miała miesięczny urlop i nie będę miała innych książek na liście – tak. Ale nie przebieram nóżkami, nie mogąc się doczekać. Doceniam rzemiosło, research i ogrom pracy włożony w kreowanie świata i rzadkie dla gatunku podkreślanie roli kobiet w historii zdarzeń. Natomiast sama fabuła nie miała dla mnie tego “czegoś”. Ale chyba jestem w mniejszości, ponieważ książka weszła do finałowej rundy głosowania czytelniczego na najlepszą książkę fantasy roku Goodreads Choice Awards.

Po więcej recenzji zajrzyjcie tu.

Pokój i ksionszki!

Może również spodoba Ci się:

Brak komentarzy

Zostaw komentarz